Półmetek Barbórki 2019

W miniony weekend ok. 60 – osobowa grupa Kolibowiczów spotkała się na międzypokoleniowym rajdzie pod Halą Boraczą. Gdybym miała opisać tegoroczny Półmetek jednym słowem, niewątpliwie byłaby to „trampolina”.

- Hej, wiesz może, gdzie są młodzi?

- Na trampolinie.

- Ale nie dzieci, tylko młodzi Kolibowicze…?

- Tak, właśnie oni.

Szybko okazało się, że na trampolinie, poza szaloną zabawą, można się również całkiem przyjemnie przespać, co niektórych wykluczyło z imprezy na długie godziny :D Poza tym obył się „mecz” siatkówki, a basen z lodowatą wodą był wybawieniem w niemiłosiernym skwarze, z jakim przyszło nam się zmierzyć. Nie można oczywiście pominąć grilla, przy którym śpiewogranie trwało do późnych godzin nocnych (lub wczesnych dziennych, jak kto woli :) ).

62413550_2193254267462848_4503317722897055744_n

Dzięki wszystkim za wspólną zabawę i do zobaczenia za pół roku na Barbórce!

 

Majówka na Ukrainie 2019

Rok temu kolibowy wyjazd w góry ukraińskie nazwałem wyjazdem w ciepłe kraje. Dwadzieścia kilka stopni, praktycznie cały czas bez chmur, problemy ze zdobyciem wody… No i mnie pokarało w tym roku za te słowa. Ani jednego dnia bez deszczu. Dobra, czasem sypał śnieg. ;)IMG05436-

Plan na tegoroczny trekking obejmował przejście ukraińskiej części Marmaroszy (zwanej górami Rachiwskimi) a potem przez przełęcz Szybeńską przebycie całej Czarnohory. Na pierwsze wspomniane pasmo należało wcześniej wyrobić darmowe pozwolenia, gdyż szlak przez większość czasu wiedzie granicą ukraińsko – rumuńską. W połowie wyjazdu, na początku wędrówki przez najwyższe szczyty Ukrainy dołączyć do nas miała druga część ekipy, która wtedy zaczynałaby wyjazd kolibowy. Taki był plan, a z planami różnie bywa…

Początek wyjazdu był typowy jak na ten kierunek podróży; w składzie 8 kolibowiczów, ruszyliśmy pociągiem z Krakowa do Przemyśla, potem przejście granicy pieszo, dojazd do Lwowa, a stamtąd popołudniu pociągiem do Rachiwa. Na miejsce dotarliśmy tuż przed północą, ale mieliśmy zarezerwowany tam nocleg na plebanii u miejscowego księdza. Następnego dnia, po skorzystaniu z ostatniej okazji na ciepły prysznic w najbliższych dniach (bo zimny z nieba już lał się od rana) udaliśmy się marszrutką do Diłowego, aby odebrać dozwiły i wreszcie ruszyliśmy w trasę.  W strugach deszczu, przebyliśmy kilkugodzinną dolinę, w głębi której odbyliśmy pierwszą kontrolę dokumentów w punkcie pograniczników (jak się później okazało, był to jedyny napotkany taki punkt na naszej trasie), po czym zaczęliśmy mozolnie zdobywać wysokość. Wieczór zastał nas na Połoninie Łysycza, gdzie udało nam się znaleźć miejsca pod namioty bez leżącego śniegu.

IMG03315

To jest szlak, nie rzeka. Potok ma koryto obok. Tylko trochę za małe na czas deszczów najwyraźniej…

IMG03374-

Następnego dnia, po założeniu mokrych butów, zwinięciu mokrych namiotów (stało się to niestety poranną tradycją wyjazdu), czekało nas podejście na najwyższy szczyt na naszej marmaroskiej trasie – Pop Iwan Marmaroski (1936 m n.p.m.). Pogoda nas nie zaskakiwała, było nadal mgliście, bez widoków, a na końcu podejścia zaczął sypać śnieg.

Wreszcie przestał padać deszcz! :)

Wreszcie przestał padać deszcz! :)

Pop Iwan po  raz pierwszy na tym wyjeździe

Pop Iwan po raz pierwszy na tym wyjeździe.

IMG03403-Słaba widoczność i spore pozostałości śniegu na graniach, przede wszystkim w postaci nawisów, przyczyniły się do przegapienia odbicia szlaku, który przekraczał nawis na grani i schodząc pod nim (!) prowadził nadal wzdłuż granicy. Zauważyliśmy, że go zgubiliśmy o jedną przełęcz i jeden szczyt za daleko, już na terenie Rumunii… Powrót do granicy, idąc na azymut, zajął nam blisko dwie godziny, jednak trud wynagrodzony został jakże pożądanym słońcem i fioletowymi polami krokusów.

Podejście. Stromo. Głęboko w śniegu. Wpadasz pod przysypana kosówkę. No to czas przjęść to jescze raz w dół, bo jednak źle szliśmy.

Podejście. Stromo. Głęboko w śniegu. Wpadasz pod przysypaną kosówkę. No to czas przejść to jeszcze raz, tylko dół, bo to jednak zła droga.

Rumunio, to u ciebie tak ładnie???

Rumunio, to u ciebie tak ładnie???

Do wieczora doszliśmy przed podejście na Meżypotoki, gdzie po ugotowaniu wreszcie ciepłego posiłku, każdy zmęczony wskoczył do ciepłego śpiwora.comet

Kolejny dzień, kolejny raz mokre buty, tym razem wyjątkowo zimne, gdyż w nocy spadło poniżej zera. Chmury tym razem nieco się podniosły i możemy się cieszyć w trakcie wędrówki z widoków na otaczające szczyty rumuńskich Marmaroszy, gór Rodniańskich, czy czekającej nas już jutro Czarnohory.

IMG03793-

W tle Pop Iwan Marmaroski i trasa z dnia wczorajszego, a na pierwszym planie my! :D

W ciągu dnia widzimy często pozostałości sistiemy – byłej granicy ZSRR, mijamy słupy, nieraz powalone, z resztkami zasieków z drutu kolczastego. Warto też wspomnieć o mijanych co jakiś czas dawnych polskich słupach granicznych, z czasów dwudziestolecia międzywojennego, obecnie często stojących między współczesnymi słupami Ukrainy i Rumunii.

Walący się dawny polski słupek graniczny, z tyłu współczesny Ukrainy

Walący się dawny polski słupek graniczny, z tyłu współczesny Ukrainy

W Marmaroszach szlaki były przetarte... przez misia.

W Marmaroszach szlaki były przetarte… przez misia.

Idąc przez kolejne szczyty, niektóre trawersując z powodu dużych ilości śniegu, pasmo stopniowo się obniża, aż do charakterystycznego, wyjątkowo wybitnego szczytu Stih. Część z nas się na niego wspina, co stanowi nie lada wyzwanie z ciężkimi plecakami, a jedyną nieośnieżoną drogą jest przecinka graniczna. Jednak jest ku temu wejściu znaczący powód: w tym miejscu niegdyś był trójstyk granic Polski, Czechosłowacji i Rumunii i zachował się z tego okresu kamienny słup.

Pod Stihem

Pod Stihem

Słup, od którego granica rozchodziła się w trzech kierunkach

Słup, od którego granica rozchodziła się w trzech kierunkach

Niestety, poza widokiem na tripleks, dookoła otaczają nas chmury, więc szybko schodzimy przegonieni dodatkowo grzmotem niespodziewanej burzy (jednak był to pierwszy i ostatni jej grzmot). Schodząc ze Stiha, opuszczamy też główny grzbiet Marmaroszy, kierując się ku Czarnohorze. Na zejściu obchodzimy podwójną bramę wspomnianej wcześniej dawnej granicy ZSRR, każdą z nich można spokojnie obejść bokiem – słupy z drutem leżą powalone, jednak, co ciekawe, na każdej z bram lśni nowa kłódka. :-O

ворота № 1

ворота № 2

Po minięciu na połoninie kilku szałasów w kiepskim stanie, czując na plecach goniący nas deszcz, wybieramy ostatecznie przytulną, nie zamkniętą kolibę na Połoninie Ziemny. Tej nocy wreszcie spędzamy wieczór wspólnie, z gitarą, śpiewami, próbując się grzać i suszyć przy lichym piecu, gdy na zewnątrz wieje i pada deszcz.

Niewiem na co liczyliśmy, że ten dach wytrzyma całonocny deszcz...

Nie wiem na co liczyliśmy, bo chyba nie na to, że ten dach wytrzyma całonocny deszcz…

Rano znowu jest mgliście i mży, jednak jest to poprawa względem nocnej ulewy. W jej wyniku, niektórzy musieli w ciągu nocy zmieniać swe lokalizacje w szałasie, dopasowując się do miejsc przeciekania dachu. :-P Pomimo usilnego dokładania drewna do piecyka, rzeczy tylko w nieznacznym stopniu nam podeschły, więc jak co ranek: zakładamy mokre buty i w drogę! :P Pierwsze godziny marszu to polany i lasy na myśl przywodzące gorczańskie szlaki, jednak od przełęczy Szybeńskiej formalnie zaczyna się Czarnohora i jednocześnie podejście przez Wychid (1731m n.p.m.) na Popa Iwana Czarnohorskiego (2028m n.p.m.).

IMG04200-

Przeciskanie się przez pogięte kosówki.

Na podejściu dociera do nas fakt, że opady deszczu które nam towarzyszyły w nocy, tu miały postać śniegu. Najpierw skutkowało to zatorowaniem szlaku przez przygniecioną ciężkim śniegiem kosodrzewinę, a ostatecznie przecieraniem szlaku w 0,5 – 1 metra świeżego śniegu. Stało się to szczególnie uciążliwe/niebezpieczne gdy śnieg przysypał na równo potężne głazy, które pokrywają końcowy i zarazem najstromszy fragment podejścia.

IMG04215-Wszystko to w zerowej widoczności i wzmagającym się wietrze, doprowadziło do jedynej słusznej decyzji po wejściu na Popa Iwana. Zmiana planów wędrówki i rezygnacja z dalszej trasy po Czarnohorze.

Pop Iwan po raz drugi na tym wyjeździe - tym razem w Czarnohorze.

Pop Iwan po raz drugi na tym wyjeździe – tym razem w Czarnohorze.

Po krótkiej przerwie w przedsionku pod ruinami polskiego obserwatorium „Biały Słoń” (obecnie w niewielkiej jego części funkcjonuje ukraińskie górskie pogotowie ratunkowe), ruszyliśmy w kierunku wsi Dzembronia. Tam zamierzaliśmy się początkowo spotkać z grupą kolibowiczów, która dziś, w środę, miała wyruszać w góry. Jednak trudne warunki na zejściu gdzie należało pokonać jeszcze kilka mniejszych szczytów, oraz mając na uwadze realne zagrożenie lawinowe, spowolniło nasz marsz i rozbiliśmy się jeszcze nad wsią Dzembroni, na połoninie Smotrycz.

IMG04678-

Na połoninie Smotrycz, wreszcie bez śniegu i w dodatku bez chmur!

Następnego dnia zwijamy obóz nieco później, zmęczeni po dotychczasowej trasie i obieramy jako dalszy kierunek alternatywnej trasy pobliskie połoniny Hryniawskie. W ten sposób decydujemy się nie zatrzymywać dłużej drugiej ekipy i spotkać dopiero przy powrocie. Zejście do wsi, dotarcie sklepu, to było bajeczne. Jak bardzo? Tak:

Smak loda zamiast kaszy i zupki z proszku i piwo zamiast wody ze strumienia :D

Smak loda zamiast kaszy i zupki z proszku, i piwo zamiast wody ze strumienia :D

Dalsza część dnia opierała się na przejściu, a częściowo też, złapaniu stopa do wsi Zełene, oddalonej o 10km, krótkie zakupy na kolejne dni i ruszeniu z powrotem w górę. Poza pojedynczymi kroplami deszczu, pogoda była wyjątkowo udana, choć pasmo Czarnohory cały czas kryło się w chmurach. Namioty rozbiliśmy na połoninie przy urokliwej chacie, na wypłaszczeniu, gdzie spędziliśmy cały wieczór przy ognisku i gitarze. Wreszcie! :-D

Poranek. Stało się. Założyliśmy suche butyJedynym mankamentem tego dnia był potężny wiatr, który w podmuchach  dosłownie przewracał, jednak to nie przeszkadzało nam w siadaniu na połoninach i delektowaniu się słońcem, widokami i górami. Tak samo nie przeszkodziło nam to tego dnia w zgubieniu się, i przebijaniu przez gęsty dziki las przez półtorej godziny, ale co tam, przecież liczy się natura, przyjemność, wolność. :-D

IMG05519-Przemierzając kolejne kilometry połonin Hryniawskich, dawaliśmy się zachwycać się ich pięknem, pustkami (choć szałasy pasterskie dość często napotykaliśmy, tak przez całe pasmo ani jednego człowieka nie spotkaliśmy :-o ) i w końcu bardziej wiosennymi warunkami.IMG05750- W takich okolicznościach dotarliśmy do ostatniego miejsca noclegowego; pustego gospodarstwa, gdzie za zamkniętą stodołą znaleźliśmy schronienie przed wiatrem, a w dużej szopie stało miejsce na ognisko, zadaszenie tak bardzo przydatne w trakcie palenia ogniska przy nocnej burzy. ;-)tmlps photo

Ostatni dzień wędrówki to powolne opuszczanie połonin Hryniwaskich płajem Garagiwskim, który prowadził długimi wzgórzami pełnymi pól do wypasu bydła i koni, chatami drewnianymi i stodołami, wprowadzając niepowtarzalny sielankowy klimat.IMG06882- IMG06913-Po dłuższym delektowaniu się takimi widokami schodzimy ciasną doliną do Werchowyny, skąd marszrutką latającą z dziury na dziurę (określenie „droga jak ser szwajcarski” nigdy nie było tak prawdziwe – 30km drogi w godzinę jazdy…), dostajemy się do Worochty, gdzie mamy pociąg powrotny i spotykamy się z pozostałą częścią ludzi z Koliby.

Tu warto wspomnieć o ich wędrówce, dlatego oddaje głos Asi:


Projekt Howerla

Ekipa na krótszą trasę wyjechała na majówkę we wtorek (30.04.) po południu, aby w środę dotrzeć Dzembroni i ruszyć na podbój Czarnohory. Byliśmy już prawie na miejscu, gdy odebraliśmy wiadomość od drugiej grupy, że warunki w górach są złe i nie ma szans na zrobienie trasy według ustalonego planu. Postanowiliśmy więc przejść się po niższych połoninach, a pierwszą noc spędzić w chacie u Kuby. Wieczorem oddaliśmy się śpiewom, gitarom i graniu w вірю не вірю – grę, która aby była w pełni satysfakcjonująca wymaga nie tylko perfidnych oszustw, ale też pewnej dozy wzajemnej nienawiści ;)

Przed chatą...

Przed chatą…

... i w chacie. Ciepło i sucho! Ciekawe, co tam u drugiej ekipy...?

… i w chacie. Ciepło i sucho! Ciekawe, co tam u drugiej ekipy…?

No i nadszedł czas, aby ruszyć w góry. Nie zdążyliśmy jednak ujść daleko, a oto naszym oczom ukazał się ON – магазин! Był to jasny znak, że najwyższy czas na przerwę przed dalszą, wyczerpującą wędrówką. A pani w sklepie miała liczydło – i naprawdę go używała!IMG_20190502_122916Nasza trasa prowadziła przez Połoninę Maryszewską, widzieliśmy ruiny dawnego schroniska. Rozbiliśmy się jeszcze za jasności i udaliśmy się do jaskini hazardu, czyli namiotu Asi i Kuby. Potem nawet przy ognisku posiedzieliśmy, a padać zaczęło dopiero w nocy.

Na małych połoninach też jest pięknie!

Na małych połoninach też jest pięknie!

Na szczęście do rana zdążyło się wypadać i składane namioty były względnie suche. Tego dnia mieliśmy do zdobycia dwa cele – pierwszy to sklep, a drugi górka o nazwie Kukul. Opcjonalnie braliśmy jeszcze pod uwagę zdobycie Howerli, ale tak spojrzeliśmy na zaśnieżone szczyty w chmurach i stwierdziliśmy, że musi tam być strasznie zimno i niefajnie, więc szybko zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. A tak w ogóle to, zgodnie z zapowiadanymi prognozami, przez cały czas miało padać, a tu jakieś słońce!

Radość o poranku

Radość o poranku

Po zrealizowaniu pierwszego punktu programu – sklepu – wszyscy już poczuli się spełnieni. Tak! To jest właśnie Howerla naszych możliwości! Nabyliśmy 24 ziemniaki – równo po 2 dla każdego! – co by je wieczorem w ognisku upiec. Rozleniwiliśmy się strasznie, a tu jeszcze ponad 600 m podejścia! Trasa jednak okazała się bardzo przyjemna (nawet pomimo początkowego zgubienia szlaku), a widoki pod Kukulem przepiękne. I tak w ogóle to podejście pod Kukul wyglądało niemal identycznie jak Hala Długa pod Turbaczem :D A ile krokusów tam było! Wspaniale!

Widok spod Kukula.

Widok spod Kukula.

Ukraiński Turbacz.

Ukraiński Turbacz.

Żeńska część ekipy! Od lewej: Asia, Asia, Asia, Marta, Kasia! Hmm...

Żeńska część ekipy! Od lewej: Asia, Asia, Asia, Marta, Kasia! Hmm…

Wieczorem, gdy obserwowaliśmy krążące wokół nas burze, nagle jakiś piorun zabłąkał się wyjątkowo blisko. Szybciutko uciekliśmy do pobliskiego szałasu pasterskiego, gdzie przeczekiwaliśmy grając w słowo na P (Biedronka to „portugalski pasaż”, jakby się ktoś zastanawiał :D ). Gdy stwierdziliśmy, że niebezpieczeństwo minęło, wróciliśmy do ogniska, zakopaliśmy ziemniaki, trochę pośpiewaliśmy (co bez gitary wychodziło nam dość żałośnie) i było bardzo przyjemnie. Obyło się bez strat w ludziach, a jedynie w ziemniakach – deszcz nam pomoczył ognisko i za nic nie chciały się dopiec :( Ale ile radochy nam dostarczyły to nasze!

Obozowisko w ładnym miejscu.

Obozowisko w ładnym miejscu.

Zakaz uśmiechania! Mrocznie ma być!

Zakaz uśmiechania! Mrocznie ma być!

Dość mocno błotnistym szlakiem zeszliśmy do Worochty, skąd jakoś koło 2 w nocy mieliśmy mieć pociąg. Tam udaliśmy się do knajpki i zaczęliśmy zamawiać, a zamawianiu naszemu nie było końca. Jakież było nasze zdumienie, gdy odkryliśmy, że nasza knajpka nazywa się „Howerla”!

IMG_20190504_193225

Howerla naszych możliwości!

Howerla naszych możliwości!

A potem tak jakoś zrodził się pomysł, aby pójść do sauny. Saunę zlokalizowaliśmy, właściciel spojrzawszy na nas tylko zapytał: „a wy to bardzo brudni jesteście?” i po zapewnieniu, że „wcale nieee” wszystko było załatwione. Na dworzec dotarliśmy czyściutcy i weseli. Czekała tam już na nas druga ekipa – mieli gitarę, więc przyszedł czas na śpiewy i tańce. Takim właśnie sposobem doczekaliśmy naszego pociągu do Lwowa, w którym przespaliśmy całą drogę. Coś pięknego!


Zacząłem od porównania majówki rok temu i w tym roku. Na zakończenie, chciałem tylko wspomnieć, że rok temu czekaliśmy na granicy wracając do Polski w niemiłosiernym skwarze trzy godziny. W tym roku cztery. W deszczu.

Do zobaczenia w górach (oby w suchych butach)! :D

Powitanie wiosny 2019

Właśnie wróciliśmy z Powitania Wiosny i tak, potwierdzamy: już jest wiosna! Mimo że w górach dzisiaj znowu sypie, tak nam w miniony weekend pogoda zdecydowanie dopisała.

IMG03005-
Część z nas wystartowała już w piątek z Zawoi, aby po późnowieczornym marszu spędzić noc w szałasie na Mędralowej. Śniegu wciąż tam nie brakowało, a wejście do bacówki wymagało każdorazowo sporo gimnastyki z powodu nawianego przez zimę śniegu. Jednak w środku, w świetle czołówek spędziliśmy jeszcze klimatyczne godziny  śpiewając przy dźwiękach gitary zanim „do  snu pokładła się cała izba”.

IMG02887-

IMG02901-

O, tu śpimy!

Następnego ranka (o jedenastej ;) ) dołączyła do nas ekipa sobotnia, przywożąc z Krakowa słońce, w którego cieple dane nam było się ogrzewać przez cały dzień. Dalsza wędrówka tego dnia, choć nadal w niemałych ilościach śniegu, przypominała powitanie wiosny sprzed paru lat, gdy każda mijana polanka przemawiała do nas żeby siąść. Tak też było i w tym roku. :P Do chatki na Lasku doszliśmy już po zmroku, lecz każdemu było żal, żeby taki piękny dzień tak szybko się skończył, więc śpiewaliśmy, graliśmy jeszcze przez długie nocne godziny…

Dział marketingu Hawiarskiej Koliby pozdrawia. ;)

Dział marketingu Hawiarskiej Koliby pozdrawia. ;)

Także już spokojnie można powiedzieć: Wiosna!20190323_133156 P1980080

Właśnie zaczął padać śnieg za oknem w Krakowie… Przemilczę to…

Zjazdy na bele czym

Wróciliśmy i z tego co wiem, to wszyscy cali! ;) W poprzedni weekend Koliba wybrała się w Beskid Sądecki do chatki na Niemcowej, by kontynuować tradycję kontuzjowania się zjazdów na wszelakiej maści przedmiotach. Choć początki wędrówki w Piwnicznej nie zapowiadały najlepszych warunków, ostatecznie u celu nie zawiedliśmy się.IMG01643-IMG01773-Jabłka, worki, karimaty i blachy/znaki utorowały idealną trase zjazdu na łące pod chatą, która kończyła się jedynym krzakiem dzikiej róży na stoku. Tak wyszło. Na szczęście księżyc świecący prawie swoją pełną tarczą, pozwalał na ostatnie zjazdy nawet po zmroku.IMG01848-

 

Po powrocie do chaty, resztę wieczoru spędziliśmy w blasku świec i dźwięku gitar, co zawsze skutkuje niepowtarzalnym klimatem.

 

Następny dzień powitał nas promieniami słońca i niesamowitym ciepłem, aż nieprzystającym na panującą porę roku. Po wykonaniu ostatnich porannych zjazdów i nasyciwszy oczy widokami na otaczające szczyty, przyszedł czas na powrót i rozejście się, każdy w swoim kierunku. IMG02024-

 

Więcej zdjęć z wyjazdu: Album